poniedziałek, 9 lutego 2015

Rozdział 2 :)

                                               Rozdział 2. Z popiołów.

-Lucindo, uspokój się- westchnął dziadek, delikatnie zabierając dłonie babci Leonarda, które  nieustannie gładziły go po twarzy- przestań, daj chłopakowi spokój..  
-Nie mogę Argusie, on tak wiele przeszedł- ze smutkiem w zalanych łzami oczach zaprotestowała- wnusiu..                                                                                                                         
-Nie, nie jestem głodny babciu- odpowiedział na jej pytanie zanim staruszka zdążyła je zadać.
Byli w salonie sami. Klasa Leonarda wróciła do swoich pokoi i tylko William stał przy szafce z książkami spoglądając w podłogę ze zmieszaniem. Dziadek Argus odchrząknął przerywając milczenie.                 -Zapewne chcesz wiedzieć jak Ty i reszta tu trafiliście- przerwał na moment, dając wnukowi chwilę na kiwnięcie głową- więc pozwól że streszczę tą historię. Mieliście.. ekhem, szczęście, że wasz kierowca wpadł w poślizg, na szosie, którą jeżdżę z farmy do Horhswill. Zobaczyłem dym za drzewami rosnącymi w wschodnim zagajniku. Następnego dnia wyruszyłem tam z Tonym- widząc jego pytające spojrzenie wyjaśnił- Tony to farmer mieszkający niedaleko stąd, w tym momencie mieszka ze swoją żoną i dziećmi z nami. Na pewno pamiętasz jego córkę Georgię..                                                                                            -Georgia tu jest?!- wybuchnął chłopiec- nic jej nie jest?                                                                   
-Nic- starzec uśmiechnął się dobrodusznie- Wyruszyliśmy nad ranem i popołudniu napotkaliśmy waszą grupę, kompletnie wystraszoną i zrozpaczoną w lesie. Kilku inteligentnych chłopców rozbiło po wypadku obóz dzięki czemu mogliście spędzić tam noc. Zabraliśmy więc was wszystkich, to znaczy..- posmutniał- tych, którzy przeżyli..
Leonard poczuł uścisk w żołądku.                                                                                                                -Kto zginął?- zapytał z kamiennym wyrazem twarzy.                                                                           -Argusie, dość..- zaczęła żona farmera.                                                                                                     -Wasza nauczycielka. Nie znaleźliśmy jednej osoby. Ciała również nie znaleźliśmy. Mogło zajść za daleko.
Chłopiec wyobraził sobie szwędającą się po lesie panią Melladour. Zrobiło mu się słabo.       
- Gdy wróciliśmy poprosiłem znajomego lekarza, który obecnie wyjechał do Atlanty, aby zobaczył co da się zrobić z twoją raną. Jednak- chlipnął- wdało się zakażenie i.. i... zginąłbyś, rozumiesz?- Leonard kwinął głową i położył mu dłoń na ramieniu- W domu będziemy gościć twoich przyjaciół. Nie zamierzam ich wyganiać, spokojnie.  Mamy dużo miejsca, wystarczy dla każdego. Ja i Tony, oraz kilku silniejszych chłopców- tu babcia Lucinda fuknęła z irytacją- z Twojej klasy będziemy chodzić na polowania. Horshwill jest niedaleko stąd. Mam swoją ciężarówkę. I narzędzia rolnicze. Uda nam się to przetrwać, obiecuję to wam wszystkim.
Staruszka przytuliła się i zaczęła głośno szlochać. Coś w chłopcu pękło. I nagle do głowy wpadła mu jeszcze inna myśl:                                    
-A co będzie z  Ernie'm?                                                                                                     
Ernie był upośledzonym bratem dziadka Argusa. Wymagał specjalistycznej opieki lekarzy. Chłopiec poczuł wątpliwości co do jego szans na przetrwanie w tych okolicznościach. Dziadek westchnął ze smutkiem.                                                                                                         
-Wszystko będzie dobrze. Mamy dwa wózki, jeden stary i drugi, którego teraz używa. Póki nie znajdziemy Ci protezy będziesz mógł jeździć starym.                                                                  
-A co z rodzicami?                                                                                                               
-Nie wiem. Naprawdę nie wiem- na jego policzku pojawiła się srebrna kropla.                            
Cała trójka mocno się do siebie przytuliła.   
          
                                                                                  ***

-Co za gówno- jęknął Will i rzucił telefonem o bladą ścianę- nawet nie mogę zadzwonić do mamy! Tu nie ma zasięgu!                                                                                                                     
-Wątpię czy gdziekolwiek jest zasięg- mruknął Leonard.                                                                 
-Wiem Leo, wiem. Ale martwię się o mamę! Sama sobie nie poradzi, cholera- ukrył twarz w dłoniach.                                                                                                                                                    Chłopiec westchnął. Willa i jego matkę, ojciec zostawił gdy tylko dowiedział się o ciąży. Dotychczas żyło im się dobrze ;wyprowadzili się z Denver, zamieszkali w Atlancie i zaczęli prowadzić mały bar z fastfoodem. Leo jednak pomyślał o reporterce. Mówiła, że schronienia można szukać w dużych miastach. Może wszystkim udało się przeżyć? Nadzieja wstąpiła w jego serce. W jego serce wstąpił alkohol naiwnych. Postanowił spać. Znów nadzieja.
 Miał nadzieję, że gdy się obudzi cały ten wirus trafi szlag. Naiwność.      
                                
Otworzył oczy. Było już ciemno. Co go zbudziło? Żałosne pojękiwania i szlochy dochodzące z jego prawej strony. Przetoczył się na odpowiedni bok i ujrzał podrygiwującego z każdym szlochem przyjaciela. Zresztą nie tylko on płakał. Większość z chłopców nocujących w tym pokoju trzęsła się z rozpaczy wyjmując co chwila telefony w nadziei na jakikolwiek SMS. Od kogokolwiek. Leonard czuł się jak na pogrzebie. Postanowił, że również chwilę popłacze.  Po kilku minutach zamknął oczy jednak dużo czasu upłynęło zanim udało mu się ponownie zasnąć.

Obudził się dość późno. Na szafce przy łóżku leżała szklanka mleka i dwie kromki chleba z szynką. Czuł że gdy spał złożyła mu wizytę babcia. Przetarł oczy i usiadł. Podniósł śniadanie i zjadł zadziwiająco szybko. Na łóżku leżały czyste ubrania, a przy nim wózek inwalidzki.          
Czy jest już inwalidą? Poczuł jak do serca napływa żal do samego siebie. I jak do oczu napływają kolejne łzy. Przebierał się długo. Zbyt długa nogawka jeansów drażniła koniec jego nogi. Wgramolił się na wózek. Jednak, ponieważ nie wiedział jak nim jeździć z początku, o mało nie stracił palca kręcąc kółkiem nie w tą stronę co trzeba. Podjechał do szafy i przyjrzał się w lustrze. Jego mahoniowe włosy były obmyte z popiołu i ziemi. Zapadnięte lekko, niebieskie oczy zdradzały smutek i ból. Przez zadarty nos i usta przebiegała niezbyt głęboka szrama. Na wózku nie był już taki wysoki jak kiedyś. Czuł się słaby. Mizerna istota w lustrze odjechała w kierunku drzwi zahaczając kołem o szafkę nocną.

                                                                                        ***
Na dół pomógł mu zejść Jared. Jared był strasznie wysokim czternastolatkiem o wiecznie zmierzwionej przez wiatr czuprynie. Był jednym z tych "marginesów społeczeństwa", a mimo to zawsze pomagał każdemu, kto naprawdę tej pomocy szukał. Ubrany w czarne i zawsze lśniące glany, czarne rurki i kurtkę z czarnej skóry wyróżniał się z tłumu niczym kropla krwi wśród tysiąca kropel wody na szkle. Leonard czuł wyrzuty sumienia, gdy Jared znosił go pojękując z wysiłku.                                     
-Dzięki J- powiedział gdy znalazł się u stóp schodów.                                                                        
-Nie ma sprawy. W tym szambie porażki najbardziej potrzebni są przyjaciele.                                        
I po raz pierwszy Leonard zobaczył jak chłopak się uśmiecha.                                                       
Po czym pcha go w stronę drzwi wyjściowych mówiąc:                                                                          -Pewnie chcesz się spotkać z grubym i staruszkami?
Dziś świeciło słońce, jak gdyby letnie. Na ganku siedział Ernie rozglądając się i mrucząc coś sam do siebie. Leo wciągnął czyste powietrze do nosa i wypuścił ustami. I jeszcze raz. I drugi. Jared powoli zjechał po dwóch schodkach i wjechał na świeżo zieloną trawę. Na zewnątrz w cieniu drzew stało kilku chłopców, oraz znaczne mniej dziewcząt. Chłopcy piłowali deski, oraz uczyli dziewczyn jak posługiwać się narzędziami. William pomagał Argusowi w szperaniu przy generatorze- wielkiej żelaznej skrzyncę z której wystawała sieć drutu, który biegł wzdłuż płotu tworząc "elektryczną zaporę" wokół farmy.                                     
Leonard spojrzał na jego stary domek na drzewie. W tym momencie Troy i Patrick przebudowywali go w prostą, w budowie wieżyczkę strzelniczą. Georgia z Juliet razem majstrowały przy płocie rozmawiając ze sobą.                                          
-Hej, Jared możesz mnie puścić, już sobie poradzę- rzekł Leo.                                                                    Odszedł szybko. Chłopak nawet nie spostrzegł w którą stronę. Wzruszył ramionami i zaczął posuwać się do przodu, w kierunku dziewcząt, co chwila podrażniając sobie palce.                 
-Hej dziewczyny- przywitał się zachrypniętym głosem.                                                                        -Leo!- Georgia poderwała się na nogi i podbiegła do niego- tak się cieszę że cię widzę!           
-Z wzajemnością- przytuliła się do niego, a  on poczuł słodki zapach jej kruczoczarnych włosów- co robicie?                            
-Ojciec wyruszył do Horshwill- westchnęła- i kazał mi, oraz twojej koleżance Julliet wzmocnić tą część ogrodzenia.                                                                                                                                    
-Wiesz pomógłbym Ci..                                                                                                                         -Podjedź tu kuternogo i zamień słowa w czyny- uśmiechnęła się.                                                            Leonard popchnął koła wózka i podjechał bliżej ogrodzenia.                                                           
-Cześć Julliet- powitał dziewczynę.  
-Hej- odpowiedziała obojętnie.                                                                                                             Leonard złapał Georgię za rękę, w której trzymała młotek i poczuł dreszcz, jakby ktoś oblał go kubłem zimnej wody. Drugą ręką podniósł gwóźdź.                                                                   
-Teraz spokojnie- wziął delikatny zamach, po czym wbił gwóźdź do połowy deski.                   
-Tęskniłam za tobą- popatrzyła mu w oczy, a Julliet wstała i odeszła mrucząc coś o tym że idzie po resztę gwoździ- szkoda, że widzimy się akurat podczas takiego szajsu.                          
-Tak- zgodził się załamującym się głosem- szkoda.                                                                          
Słońce zniknęło za wysokimi drzewami w północnym zagajniku.

                                                                                       ***

Rozmawiali z Georgią, aż niebo przybrało kolor różowej landrynki. Wszyscy skończyli swoją pracę i zaczęli rozmawiać o tym jak tęsknią za rodzicami. Wiele dziewczyn płakało. Chłopcy pocieszali je, choć niektórzy z nich, również potrzebowali pocieszenia.                                 
 Wszystko wskazywało na to, że dzień minie bez żadnych przygód. A jednak.
Powietrze rozdarł potworny krzyk. Krzyk Jareda. Leonard podskoczył i gdyby nie Georgia upadłby na ziemię razem z wózkiem. Dziewczyna popchała go szybko do przodu, w stronę wschodniego płotu, gdzie wszyscy już biegli.                                                                                                  
-AAA!! POMOCY!!! JASNA CHOLERA!!! ODCZEP SIĘ   SUKINSYNU!!!                                        Dziadek pobiegł do domu, zapewnę aby wziąć strzelbę. Dotarli do ogrodzenia. Za nim rozgrywała się potworna scena. Jared leżał na trawie kopiąc po twarzy jęczące zwłoki będące chyba w dziesiątym stadium rozkładu.                                                                                          
 -Niech ktoś pobiegnie po starego!- krzyknął jakiś chłopak, a Leonard poczuł jak bardzo, chciałby kopnąć go po ryju.                                                                                                                  
Żywe truchło charczało niczym starzec chory na gruźlicę, wymachując wychudzonymi rękoma jak topielec szukający kolejnej ofiary, którą wciągnąłby pod wodę. W torsie stwora brakowało sporego kawałka mięsa, a ze skóry z lewej strony klatki piersiowej pokrytej siatką fioletowych żył wystawały obnażone, pożółkłe żebra. Z głębokiej rany na lewym ramieniu, ukazującej mięsień naramienny, wciąż ciekła ciemna krew. W twarzy od nosa w dół, aż do podbródka brakowało skóry, a puste oczodoły ziały nicością. W dodatku od kopniaków Jareda większość kości poprzesuwała się, lub łamała jeszcze bardziej zniekształcając twarz potwora. Sądząc po budowie (tego co z ciała zostało) przed śmiercią był to mężczyzna, prawdopodobnie kierowca ciężarówki.                                                                                      
Żywy trup. To pierwsze co po mdłościach zrodziło się w umyśle Leonarda. Zakręciło mu się w głowie. Słyszał jak kilka osób donośnie wymiotuje, lub krzyczy ze strachu i cofa się do tyłu czekając aż ktoś łaskawie uratuje chłopaka z objęć kościstych palców. Zamknął oczy.           
Nagle usłyszał nieprzyjemny odgłos, coś w stylu donośnego chrupnięcia, zmieszanego z plaśnięciem zmiażdżonego pomidora.                         
Otworzył oczy. Nad nieruchomym trupem stał ojciec Georgii. Jego czerwona koszula w kratkę była cała w krwi stwora. Oddychał ciężko. Oczy miał szeroko otwarte. Zapadła grobowa cisza zakłócana jedynie płaczem Jareda.  
W miejscu czaszki truposza leżała ciężka cegłówka. Pływała w morzu krwi.
-Wszyscy do domu- rozkazał krótko farmer.



                                                                CIĄG DALSZY NASTĄPI..


Rozdział dedykuję Dominice, nowo poznanej koleżance (fance TWD), która bardzo motywuje mnie do pisania :) Już wkrótce ciąg dalszy "Ostatniego Pokolenia" ;)

1 komentarz:

  1. Alleluja, podoba mi się.
    Zapowiada się naprawdę ciekawie. Przyznam, że pierwszy raz trafiłam na historię z zombiakami, w której głównym bohaterem jest dzieciak. I to całkiem fajny dzieciak. Pisz dalej, bo interesuje mnie, kto zginie i jak cała grupa poradzi sobie w trakcie trwania epidemii.
    Pozdrawiam,
    Nals.

    http://stay----alive.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń