Rozdział 2. Z popiołów.
-Lucindo, uspokój się- westchnął dziadek, delikatnie zabierając dłonie babci Leonarda, które nieustannie gładziły go po twarzy- przestań, daj chłopakowi spokój..
-Nie mogę Argusie, on tak wiele przeszedł- ze smutkiem w zalanych łzami oczach zaprotestowała- wnusiu..
-Nie, nie jestem głodny babciu- odpowiedział na jej pytanie zanim staruszka zdążyła je zadać.
Byli w salonie sami. Klasa Leonarda wróciła do swoich pokoi i tylko William stał przy szafce z książkami spoglądając w podłogę ze zmieszaniem. Dziadek Argus odchrząknął przerywając milczenie. -Zapewne chcesz wiedzieć jak Ty i reszta tu trafiliście- przerwał na moment, dając wnukowi chwilę na kiwnięcie głową- więc pozwól że streszczę tą historię. Mieliście.. ekhem, szczęście, że wasz kierowca wpadł w poślizg, na szosie, którą jeżdżę z farmy do Horhswill. Zobaczyłem dym za drzewami rosnącymi w wschodnim zagajniku. Następnego dnia wyruszyłem tam z Tonym- widząc jego pytające spojrzenie wyjaśnił- Tony to farmer mieszkający niedaleko stąd, w tym momencie mieszka ze swoją żoną i dziećmi z nami. Na pewno pamiętasz jego córkę Georgię.. -Georgia tu jest?!- wybuchnął chłopiec- nic jej nie jest?
-Nic- starzec uśmiechnął się dobrodusznie- Wyruszyliśmy nad ranem i popołudniu napotkaliśmy waszą grupę, kompletnie wystraszoną i zrozpaczoną w lesie. Kilku inteligentnych chłopców rozbiło po wypadku obóz dzięki czemu mogliście spędzić tam noc. Zabraliśmy więc was wszystkich, to znaczy..- posmutniał- tych, którzy przeżyli..
Leonard poczuł uścisk w żołądku. -Kto zginął?- zapytał z kamiennym wyrazem twarzy. -Argusie, dość..- zaczęła żona farmera. -Wasza nauczycielka. Nie znaleźliśmy jednej osoby. Ciała również nie znaleźliśmy. Mogło zajść za daleko.
Chłopiec wyobraził sobie szwędającą się po lesie panią Melladour. Zrobiło mu się słabo.
- Gdy wróciliśmy poprosiłem znajomego lekarza, który obecnie wyjechał do Atlanty, aby zobaczył co da się zrobić z twoją raną. Jednak- chlipnął- wdało się zakażenie i.. i... zginąłbyś, rozumiesz?- Leonard kwinął głową i położył mu dłoń na ramieniu- W domu będziemy gościć twoich przyjaciół. Nie zamierzam ich wyganiać, spokojnie. Mamy dużo miejsca, wystarczy dla każdego. Ja i Tony, oraz kilku silniejszych chłopców- tu babcia Lucinda fuknęła z irytacją- z Twojej klasy będziemy chodzić na polowania. Horshwill jest niedaleko stąd. Mam swoją ciężarówkę. I narzędzia rolnicze. Uda nam się to przetrwać, obiecuję to wam wszystkim.
Staruszka przytuliła się i zaczęła głośno szlochać. Coś w chłopcu pękło. I nagle do głowy wpadła mu jeszcze inna myśl:
-A co będzie z Ernie'm?
Ernie był upośledzonym bratem dziadka Argusa. Wymagał specjalistycznej opieki lekarzy. Chłopiec poczuł wątpliwości co do jego szans na przetrwanie w tych okolicznościach. Dziadek westchnął ze smutkiem.
-Wszystko będzie dobrze. Mamy dwa wózki, jeden stary i drugi, którego teraz używa. Póki nie znajdziemy Ci protezy będziesz mógł jeździć starym.
-A co z rodzicami?
-Nie wiem. Naprawdę nie wiem- na jego policzku pojawiła się srebrna kropla.
Cała trójka mocno się do siebie przytuliła.
***
-Co za gówno- jęknął Will i rzucił telefonem o bladą ścianę- nawet nie mogę zadzwonić do mamy! Tu nie ma zasięgu!
-Wątpię czy gdziekolwiek jest zasięg- mruknął Leonard.
-Wiem Leo, wiem. Ale martwię się o mamę! Sama sobie nie poradzi, cholera- ukrył twarz w dłoniach. Chłopiec westchnął. Willa i jego matkę, ojciec zostawił gdy tylko dowiedział się o ciąży. Dotychczas żyło im się dobrze ;wyprowadzili się z Denver, zamieszkali w Atlancie i zaczęli prowadzić mały bar z fastfoodem. Leo jednak pomyślał o reporterce. Mówiła, że schronienia można szukać w dużych miastach. Może wszystkim udało się przeżyć? Nadzieja wstąpiła w jego serce. W jego serce wstąpił alkohol naiwnych. Postanowił spać. Znów nadzieja.
Miał nadzieję, że gdy się obudzi cały ten wirus trafi szlag. Naiwność.
Otworzył oczy. Było już ciemno. Co go zbudziło? Żałosne pojękiwania i szlochy dochodzące z jego prawej strony. Przetoczył się na odpowiedni bok i ujrzał podrygiwującego z każdym szlochem przyjaciela. Zresztą nie tylko on płakał. Większość z chłopców nocujących w tym pokoju trzęsła się z rozpaczy wyjmując co chwila telefony w nadziei na jakikolwiek SMS. Od kogokolwiek. Leonard czuł się jak na pogrzebie. Postanowił, że również chwilę popłacze. Po kilku minutach zamknął oczy jednak dużo czasu upłynęło zanim udało mu się ponownie zasnąć.
Obudził się dość późno. Na szafce przy łóżku leżała szklanka mleka i dwie kromki chleba z szynką. Czuł że gdy spał złożyła mu wizytę babcia. Przetarł oczy i usiadł. Podniósł śniadanie i zjadł zadziwiająco szybko. Na łóżku leżały czyste ubrania, a przy nim wózek inwalidzki.
Czy jest już inwalidą? Poczuł jak do serca napływa żal do samego siebie. I jak do oczu napływają kolejne łzy. Przebierał się długo. Zbyt długa nogawka jeansów drażniła koniec jego nogi. Wgramolił się na wózek. Jednak, ponieważ nie wiedział jak nim jeździć z początku, o mało nie stracił palca kręcąc kółkiem nie w tą stronę co trzeba. Podjechał do szafy i przyjrzał się w lustrze. Jego mahoniowe włosy były obmyte z popiołu i ziemi. Zapadnięte lekko, niebieskie oczy zdradzały smutek i ból. Przez zadarty nos i usta przebiegała niezbyt głęboka szrama. Na wózku nie był już taki wysoki jak kiedyś. Czuł się słaby. Mizerna istota w lustrze odjechała w kierunku drzwi zahaczając kołem o szafkę nocną.
***
Na dół pomógł mu zejść Jared. Jared był strasznie wysokim czternastolatkiem o wiecznie zmierzwionej przez wiatr czuprynie. Był jednym z tych "marginesów społeczeństwa", a mimo to zawsze pomagał każdemu, kto naprawdę tej pomocy szukał. Ubrany w czarne i zawsze lśniące glany, czarne rurki i kurtkę z czarnej skóry wyróżniał się z tłumu niczym kropla krwi wśród tysiąca kropel wody na szkle. Leonard czuł wyrzuty sumienia, gdy Jared znosił go pojękując z wysiłku.
-Dzięki J- powiedział gdy znalazł się u stóp schodów.
-Nie ma sprawy. W tym szambie porażki najbardziej potrzebni są przyjaciele.
I po raz pierwszy Leonard zobaczył jak chłopak się uśmiecha.
Po czym pcha go w stronę drzwi wyjściowych mówiąc: -Pewnie chcesz się spotkać z grubym i staruszkami?
Dziś świeciło słońce, jak gdyby letnie. Na ganku siedział Ernie rozglądając się i mrucząc coś sam do siebie. Leo wciągnął czyste powietrze do nosa i wypuścił ustami. I jeszcze raz. I drugi. Jared powoli zjechał po dwóch schodkach i wjechał na świeżo zieloną trawę. Na zewnątrz w cieniu drzew stało kilku chłopców, oraz znaczne mniej dziewcząt. Chłopcy piłowali deski, oraz uczyli dziewczyn jak posługiwać się narzędziami. William pomagał Argusowi w szperaniu przy generatorze- wielkiej żelaznej skrzyncę z której wystawała sieć drutu, który biegł wzdłuż płotu tworząc "elektryczną zaporę" wokół farmy.
Leonard spojrzał na jego stary domek na drzewie. W tym momencie Troy i Patrick przebudowywali go w prostą, w budowie wieżyczkę strzelniczą. Georgia z Juliet razem majstrowały przy płocie rozmawiając ze sobą.
-Hej, Jared możesz mnie puścić, już sobie poradzę- rzekł Leo. Odszedł szybko. Chłopak nawet nie spostrzegł w którą stronę. Wzruszył ramionami i zaczął posuwać się do przodu, w kierunku dziewcząt, co chwila podrażniając sobie palce.
-Hej dziewczyny- przywitał się zachrypniętym głosem. -Leo!- Georgia poderwała się na nogi i podbiegła do niego- tak się cieszę że cię widzę!
-Z wzajemnością- przytuliła się do niego, a on poczuł słodki zapach jej kruczoczarnych włosów- co robicie?
-Ojciec wyruszył do Horshwill- westchnęła- i kazał mi, oraz twojej koleżance Julliet wzmocnić tą część ogrodzenia.
-Wiesz pomógłbym Ci.. -Podjedź tu kuternogo i zamień słowa w czyny- uśmiechnęła się. Leonard popchnął koła wózka i podjechał bliżej ogrodzenia.
-Cześć Julliet- powitał dziewczynę.
-Hej- odpowiedziała obojętnie. Leonard złapał Georgię za rękę, w której trzymała młotek i poczuł dreszcz, jakby ktoś oblał go kubłem zimnej wody. Drugą ręką podniósł gwóźdź.
-Teraz spokojnie- wziął delikatny zamach, po czym wbił gwóźdź do połowy deski.
-Tęskniłam za tobą- popatrzyła mu w oczy, a Julliet wstała i odeszła mrucząc coś o tym że idzie po resztę gwoździ- szkoda, że widzimy się akurat podczas takiego szajsu.
-Tak- zgodził się załamującym się głosem- szkoda.
Słońce zniknęło za wysokimi drzewami w północnym zagajniku.
***
Rozmawiali z Georgią, aż niebo przybrało kolor różowej landrynki. Wszyscy skończyli swoją pracę i zaczęli rozmawiać o tym jak tęsknią za rodzicami. Wiele dziewczyn płakało. Chłopcy pocieszali je, choć niektórzy z nich, również potrzebowali pocieszenia.
Wszystko wskazywało na to, że dzień minie bez żadnych przygód. A jednak.
Powietrze rozdarł potworny krzyk. Krzyk Jareda. Leonard podskoczył i gdyby nie Georgia upadłby na ziemię razem z wózkiem. Dziewczyna popchała go szybko do przodu, w stronę wschodniego płotu, gdzie wszyscy już biegli.
-AAA!! POMOCY!!! JASNA CHOLERA!!! ODCZEP SIĘ SUKINSYNU!!! Dziadek pobiegł do domu, zapewnę aby wziąć strzelbę. Dotarli do ogrodzenia. Za nim rozgrywała się potworna scena. Jared leżał na trawie kopiąc po twarzy jęczące zwłoki będące chyba w dziesiątym stadium rozkładu.
-Niech ktoś pobiegnie po starego!- krzyknął jakiś chłopak, a Leonard poczuł jak bardzo, chciałby kopnąć go po ryju.
Żywe truchło charczało niczym starzec chory na gruźlicę, wymachując wychudzonymi rękoma jak topielec szukający kolejnej ofiary, którą wciągnąłby pod wodę. W torsie stwora brakowało sporego kawałka mięsa, a ze skóry z lewej strony klatki piersiowej pokrytej siatką fioletowych żył wystawały obnażone, pożółkłe żebra. Z głębokiej rany na lewym ramieniu, ukazującej mięsień naramienny, wciąż ciekła ciemna krew. W twarzy od nosa w dół, aż do podbródka brakowało skóry, a puste oczodoły ziały nicością. W dodatku od kopniaków Jareda większość kości poprzesuwała się, lub łamała jeszcze bardziej zniekształcając twarz potwora. Sądząc po budowie (tego co z ciała zostało) przed śmiercią był to mężczyzna, prawdopodobnie kierowca ciężarówki.
Żywy trup. To pierwsze co po mdłościach zrodziło się w umyśle Leonarda. Zakręciło mu się w głowie. Słyszał jak kilka osób donośnie wymiotuje, lub krzyczy ze strachu i cofa się do tyłu czekając aż ktoś łaskawie uratuje chłopaka z objęć kościstych palców. Zamknął oczy.
Nagle usłyszał nieprzyjemny odgłos, coś w stylu donośnego chrupnięcia, zmieszanego z plaśnięciem zmiażdżonego pomidora.
Otworzył oczy. Nad nieruchomym trupem stał ojciec Georgii. Jego czerwona koszula w kratkę była cała w krwi stwora. Oddychał ciężko. Oczy miał szeroko otwarte. Zapadła grobowa cisza zakłócana jedynie płaczem Jareda.
W miejscu czaszki truposza leżała ciężka cegłówka. Pływała w morzu krwi.
-Wszyscy do domu- rozkazał krótko farmer.
CIĄG DALSZY NASTĄPI..
Rozdział dedykuję Dominice, nowo poznanej koleżance (fance TWD), która bardzo motywuje mnie do pisania :) Już wkrótce ciąg dalszy "Ostatniego Pokolenia" ;)
Opowieść dojrzewaniu, przetrwaniu, przyjaźni i miłości w świecie opanowanym przez żywe trupy. W świecie, dla którego nie ma już nadziei..
poniedziałek, 9 lutego 2015
niedziela, 8 lutego 2015
Rozdział 1 i Powitanie :)
Rozdział 1. Nowy porządek.
Autokar przejechał przez szosę z donośnym świstem, wzbijając w powietrze kłęby kurzu, jesiennych liści i stwardniałych świerkowych igieł. Mimo iż był pokryty śladową ilością rdzy lśnił w blasku słońca niczym biolumesencyjny ognik. Mimo iż jego wygląd zbytnio nie przyciągał wzroku był na swój sposób niezwykły. To nim pierwszy raz pojechali do szkoły. Koła toczyły się po szosie, a ich felgi były chyba jedyną, w pełni zadbaną częścią pojazdu. Tył autobusu wymazany był graffiti ukazującym niezbyt przyjemne dla oka widoki. Szyby zawsze odstraszały uczniów Gimnazjum Stonehall. Pokryte kurzem i owadami były obiektem zainteresowania jedynie szkolnych dręczycieli, którzy upodobali sobie martwych lokatorów szyb.
Z jednego, z takich okien spoglądał Leonard White. Ze zmarszczonym czołem i zmrużonymi powiekami próbował dostrzec przez brudną szybę śmigające za nią drzewa iglaste.
Czy takie właśnie jest życie- myślał- pojawia się, mija tak szybko, że nie zdążamy go docenić i znika za horyzontem zwiastując początek czegoś nowego. Nowej ery. Wieku? Chłopiec odwrócił głowę i spojrzał na swojego przyjaciela- Williama, który bez przerwy, odkąd wyjechali z Atlanty opychał się chipsami wydając z siebie chrząknięcia i mlaśnięcia bardziej pasujące do rosłego knura niż czternastoletniego chłopca z lekką nadwagą. Kumpel zauważył, że Leonard się w niego wpatruje i nieco zmieszany swoim zachowaniem wytarł usta rękawem swojej ciemnozielonej koszuli, po czym wystawił opakowanie Walkersów w jego stronę. Uśmiechnął się dobrodusznie i coś powiedział. Nasz bohater zsunął z uszu czarne słuchawki i zapytał:
-Co mówiłeś Will?
-Pytałem- rzekł nieco poirytowany- czy chcesz może trochę- i potrząsł zachęcająco opakowaniem chipsów.
Kilka wysypały się na przerwę między ich fotelami. Leonard potarł się po szyi i odpowiedział:
-Wiesz co, nie mam ochoty..
-Jak sobie chcesz- odpowiedź przyjaciela chyba uszczęśliwiła Williama, ponieważ uśmiechnął się szeroko, po czym wsypał sobie zawartość torebki do ust.
Może i był "odrobinę" niekulturalny, ale zawsze był dla Leonarda wzorem przyjaciela. Poznał go już w podstawówce, gdy byli w pierwszej klasie, a mały Will przypominał bardziej chomika z wypchanymi jedzeniem policzkami niż człowieka. Był jego jedynym przyjacielem.
W radiu, którego głośniki były umieszczone nad każdym siedzeniem właśnie skończyła się piosenka zespołu Nirvana- Smells Like Teen Spirit i zaczęto nadawać najnowsze wiadomości:
-... następna fala kanibalskich ataków. Władze przestrzegają- Leonard ponownie założył słuchawki na uszy. "O nie znowu to samo" pomyślał "Epidemia czy nie, co mnie obchodzi banda chorych wariatów". Nacisnął PLAY i rozkoszował się muzyką. Następnej części komunikatu nie usłyszał.
-.. Najnowsze doniesienia informują, jakoby to niecodzienne zjawisko rozgrywające się już nawet w Atlancie dotarło do okolic Waszyngtonu...
Autobus podskoczył na jednym z wyboi, a kilka dziewcząt pisnęło ze strachu. Jechali do Waszyngtonu, aby poznać historię Amerykańskiej polityki. Pierwszym przystankiem miał być hotel Richmount. Następnego dnia grupa miała zwiedzić większość National Mall. Jednak wyjazdem ekscytowały się wyłącznie dziewczyny. A dokładniej: zakupami. Leonard zauważył, że większość chłopców w autobusie siedzi rozwalona w siedzeniach swych foteli, w znudzeniu stukając w ekrany swoich Ifonów.
Spojrzał na Willa, który głośno chrapał, oraz na Susan i Veronicę, które z obrzydzeniem na niego patrzyły.
Autobus znów podskoczył na szosie wprawiając ciało śpiącego grubaska w bezwładny ruch.
Miał dosyć tej podróży i chciał jak najszybciej znaleźć się w hotelu. Sen nie wchodził w grę. Z pewnością nie uda mu się zasnąć w akompaniamencie chrząkania Willa.
Wstał więc i ruszył na przód wymijając siedzenia swych znajomych. Złapał się za półki na bagaże, które biegły wzdłuż pojazdu i utkwił wzrok w szybie przedniego okna. Ich wychowawczyni rozmawiała z kierowcą autokaru, którego uczniowie nazywali "Brudnym Billy'm". Coś skupiło jego uwagę. Coś przed autobusem na drodze.
Prosto pod ich koła wlókł się, sądząc po jego sposobie poruszania się pijany i wychudzony mężczyzna. W głowie Leonarda zapanował chaos. Co robić??
Bliżej.
Jeżeli pójdzie na przód, żeby ostrzec kierowcę, a nastąpi kolizja to załatwi się na amen.
Bliżej.
Nie. Musi coś zrobić. Przecież jeżeli nie ostrzeże kierowcy ten człowiek zginie głównie z jego winy.
Bliżej.
Leonard ruszył, lecz ktoś z przodu uprzedził go i zawołał:
-UWAGA!!!
Jego ciałem rzuciła siła ostrego zakrętu. Upadł na kolana jakichś dwóch osób. Uderzył głową o okno. Pojazd groźnie przechylił się w prawą stronę. Kilka osób wypadło z foteli. Plecaki spadały z półek. Autobus pokoziołkował i zanim Leonard zaczął wrzeszczeć z bólu, znów uderzył o coś głową i zemdlał.
***
Odzyskał przytomność. Słuch powoli jakby po wyjściu z wody zaczął rejestrować krzyki i płacz. Przed oczyma Leonard widział jedynie czarne kłęby dymu, ogień i wysoką trawę. Ponownie zanurzył się w otchłani mrocznego snu..
Tym razem czuł pod sobą coś miękkiego. Pod głową czuł bez wątpienia puchową poduszkę. Otworzył oczy. Panujące w małym pokoju mocne światło na chwilę go oślepiło. Głowa bolała go jak toczący się po ostrych skałach kokos.
Leżał w małym, drewnianym łóżku, przykryty dwoma kocami. "Więc był to tylko sen? Jesteśmy w Waszyngtonie?". Uśmiechnął się na tą myśl. Było w tym wszystkim jednak coś dziwnego.. Coś z jego nogą. Hmm. Podniósł z lękiem koc. Noga kończyła się w miejscu kolana. Była obwinięta bandażem, który utrzymywał w miejscu kilka przesiąkniętych krwią wacików. Poczuł jak do oczu napływają mu łzy.
-Cholera jasna- zaszlochał- cholera, cholera CHOLERA!!!
Spojrzał jeszcze raz jakby ne wierząc w to co widzi. Czuł pustkę. I żal do Boga. Spojrzał w lewo. Zobaczył małą szafkę nocną obok łóżka, szafę z ciemnego drewna z lustrem w drzwiach, kremową ścianę i białe, brzozowe drzwi.
Skądś znał te miejsce. Teraz obrócił głowę w prawo, nieco za szybko. Poczuł ukłucie bólu. Tym razem dostrzegł kilka koców rozłożonych na podłodze obok łóżka, wiadro z gąbką i duże okno, przez które do pokoju wpadało słońce. Otarł łzy i powoli podniósł się z łoża. Dopiero teraz dostrzegł kule oparte o szafkę nocną. Łapczywie złapał ją, przesunął się i usiadł na przeciwko drzwi. Spróbował wstać i mimo tego iż był słaby pokuśtykał jęcząc z wysiłku do wyjścia. Przekręcił bogato zdobioną gałkę. Wyszedł na ciemny korytarz, którego ściany były całkowicie zrobione z drewna. Wisiało na nich kilka obrazów i zdjęć w ramkach. Dotarł na środek korytarza, który okazał się być najjaśniejszy. Były tam schody wyłożone dębowymi panelami, prowadzące w dół na parter tego domu. Zmęczony tą wędrówką Leonard chwycił się barierki i odetchnął z ulgą.
Ponownie zaczął skradać się tak cicho jak było to tylko możliwe w stronę przedpokoju. Po chyba 15 minutach udało mu się dotrzeć na dół. Pokuśtykał do wejścia, do jak podejrzewał salonu. Był to ogromny pokój, który oświetlał żyrandol i okno, takie samo jak w pokoju, w którym leżał, jedyną różnicą było to, że te, które zobaczył tutaj było zabite deskami. Ściany wyłożone gobelinami były zastawione biblioteczkami. Na środku pokoju stały dwa fotele i duża sofa pełna ludzi, ustawione wokół małego, starodawnego telewizorka. W jego ekranie Leonard zobaczył urokliwą kobietę na tle Atlanty, mówiącą do mikrofonu z logiem wiadomości.
-Władze zalecają pozostanie w domach. Każdy kto zostanie ugryziony, po pewnym czasie umiera i staje się jednym z nich. Proszę pamiętać, że zarażony jest każdy. Jeżeli ktoś w waszej rodzinie, drodzy mieszkańcy Ameryki umarł z przyczyn naturalnych, lub w wypadku proszę natychmiast się od niego oddalić. W ciągu minuty nastąpi przemiana- w oddali, za kobietą słychać było krzyki i odgłosy wystrzałów- W wielkich miastach będziecie mogli poszukać schronienia- zaczęła szybciej oddychać- dla wiadomości, Carley.. ach pieprzyć to, wyłącz kamerę..
Połączenie z ekipą zostało przerwane. Teraz Leonard zobaczył zszokowanego prowadzącego w studiu, w którym nagle zgasło światło. Po chwili kanał 4 przestał nadawać. Ekran zaczął śnieżyć.
-O cholera- powiedział chłopiec.
Spojrzenia wszystkich w salonie skierowały się ku niemu..
CIĄG DALSZY NASTĄPI ;)
Mam nadzieję że się podobało :) Zachęcam do komentowania i trzymajcie się :3
Autokar przejechał przez szosę z donośnym świstem, wzbijając w powietrze kłęby kurzu, jesiennych liści i stwardniałych świerkowych igieł. Mimo iż był pokryty śladową ilością rdzy lśnił w blasku słońca niczym biolumesencyjny ognik. Mimo iż jego wygląd zbytnio nie przyciągał wzroku był na swój sposób niezwykły. To nim pierwszy raz pojechali do szkoły. Koła toczyły się po szosie, a ich felgi były chyba jedyną, w pełni zadbaną częścią pojazdu. Tył autobusu wymazany był graffiti ukazującym niezbyt przyjemne dla oka widoki. Szyby zawsze odstraszały uczniów Gimnazjum Stonehall. Pokryte kurzem i owadami były obiektem zainteresowania jedynie szkolnych dręczycieli, którzy upodobali sobie martwych lokatorów szyb.
Z jednego, z takich okien spoglądał Leonard White. Ze zmarszczonym czołem i zmrużonymi powiekami próbował dostrzec przez brudną szybę śmigające za nią drzewa iglaste.
Czy takie właśnie jest życie- myślał- pojawia się, mija tak szybko, że nie zdążamy go docenić i znika za horyzontem zwiastując początek czegoś nowego. Nowej ery. Wieku? Chłopiec odwrócił głowę i spojrzał na swojego przyjaciela- Williama, który bez przerwy, odkąd wyjechali z Atlanty opychał się chipsami wydając z siebie chrząknięcia i mlaśnięcia bardziej pasujące do rosłego knura niż czternastoletniego chłopca z lekką nadwagą. Kumpel zauważył, że Leonard się w niego wpatruje i nieco zmieszany swoim zachowaniem wytarł usta rękawem swojej ciemnozielonej koszuli, po czym wystawił opakowanie Walkersów w jego stronę. Uśmiechnął się dobrodusznie i coś powiedział. Nasz bohater zsunął z uszu czarne słuchawki i zapytał:
-Co mówiłeś Will?
-Pytałem- rzekł nieco poirytowany- czy chcesz może trochę- i potrząsł zachęcająco opakowaniem chipsów.
Kilka wysypały się na przerwę między ich fotelami. Leonard potarł się po szyi i odpowiedział:
-Wiesz co, nie mam ochoty..
-Jak sobie chcesz- odpowiedź przyjaciela chyba uszczęśliwiła Williama, ponieważ uśmiechnął się szeroko, po czym wsypał sobie zawartość torebki do ust.
Może i był "odrobinę" niekulturalny, ale zawsze był dla Leonarda wzorem przyjaciela. Poznał go już w podstawówce, gdy byli w pierwszej klasie, a mały Will przypominał bardziej chomika z wypchanymi jedzeniem policzkami niż człowieka. Był jego jedynym przyjacielem.
W radiu, którego głośniki były umieszczone nad każdym siedzeniem właśnie skończyła się piosenka zespołu Nirvana- Smells Like Teen Spirit i zaczęto nadawać najnowsze wiadomości:
-... następna fala kanibalskich ataków. Władze przestrzegają- Leonard ponownie założył słuchawki na uszy. "O nie znowu to samo" pomyślał "Epidemia czy nie, co mnie obchodzi banda chorych wariatów". Nacisnął PLAY i rozkoszował się muzyką. Następnej części komunikatu nie usłyszał.
-.. Najnowsze doniesienia informują, jakoby to niecodzienne zjawisko rozgrywające się już nawet w Atlancie dotarło do okolic Waszyngtonu...
Autobus podskoczył na jednym z wyboi, a kilka dziewcząt pisnęło ze strachu. Jechali do Waszyngtonu, aby poznać historię Amerykańskiej polityki. Pierwszym przystankiem miał być hotel Richmount. Następnego dnia grupa miała zwiedzić większość National Mall. Jednak wyjazdem ekscytowały się wyłącznie dziewczyny. A dokładniej: zakupami. Leonard zauważył, że większość chłopców w autobusie siedzi rozwalona w siedzeniach swych foteli, w znudzeniu stukając w ekrany swoich Ifonów.
Spojrzał na Willa, który głośno chrapał, oraz na Susan i Veronicę, które z obrzydzeniem na niego patrzyły.
Autobus znów podskoczył na szosie wprawiając ciało śpiącego grubaska w bezwładny ruch.
Miał dosyć tej podróży i chciał jak najszybciej znaleźć się w hotelu. Sen nie wchodził w grę. Z pewnością nie uda mu się zasnąć w akompaniamencie chrząkania Willa.
Wstał więc i ruszył na przód wymijając siedzenia swych znajomych. Złapał się za półki na bagaże, które biegły wzdłuż pojazdu i utkwił wzrok w szybie przedniego okna. Ich wychowawczyni rozmawiała z kierowcą autokaru, którego uczniowie nazywali "Brudnym Billy'm". Coś skupiło jego uwagę. Coś przed autobusem na drodze.
Prosto pod ich koła wlókł się, sądząc po jego sposobie poruszania się pijany i wychudzony mężczyzna. W głowie Leonarda zapanował chaos. Co robić??
Bliżej.
Jeżeli pójdzie na przód, żeby ostrzec kierowcę, a nastąpi kolizja to załatwi się na amen.
Bliżej.
Nie. Musi coś zrobić. Przecież jeżeli nie ostrzeże kierowcy ten człowiek zginie głównie z jego winy.
Bliżej.
Leonard ruszył, lecz ktoś z przodu uprzedził go i zawołał:
-UWAGA!!!
Jego ciałem rzuciła siła ostrego zakrętu. Upadł na kolana jakichś dwóch osób. Uderzył głową o okno. Pojazd groźnie przechylił się w prawą stronę. Kilka osób wypadło z foteli. Plecaki spadały z półek. Autobus pokoziołkował i zanim Leonard zaczął wrzeszczeć z bólu, znów uderzył o coś głową i zemdlał.
***
Odzyskał przytomność. Słuch powoli jakby po wyjściu z wody zaczął rejestrować krzyki i płacz. Przed oczyma Leonard widział jedynie czarne kłęby dymu, ogień i wysoką trawę. Ponownie zanurzył się w otchłani mrocznego snu..
Tym razem czuł pod sobą coś miękkiego. Pod głową czuł bez wątpienia puchową poduszkę. Otworzył oczy. Panujące w małym pokoju mocne światło na chwilę go oślepiło. Głowa bolała go jak toczący się po ostrych skałach kokos.
Leżał w małym, drewnianym łóżku, przykryty dwoma kocami. "Więc był to tylko sen? Jesteśmy w Waszyngtonie?". Uśmiechnął się na tą myśl. Było w tym wszystkim jednak coś dziwnego.. Coś z jego nogą. Hmm. Podniósł z lękiem koc. Noga kończyła się w miejscu kolana. Była obwinięta bandażem, który utrzymywał w miejscu kilka przesiąkniętych krwią wacików. Poczuł jak do oczu napływają mu łzy.
-Cholera jasna- zaszlochał- cholera, cholera CHOLERA!!!
Spojrzał jeszcze raz jakby ne wierząc w to co widzi. Czuł pustkę. I żal do Boga. Spojrzał w lewo. Zobaczył małą szafkę nocną obok łóżka, szafę z ciemnego drewna z lustrem w drzwiach, kremową ścianę i białe, brzozowe drzwi.
Skądś znał te miejsce. Teraz obrócił głowę w prawo, nieco za szybko. Poczuł ukłucie bólu. Tym razem dostrzegł kilka koców rozłożonych na podłodze obok łóżka, wiadro z gąbką i duże okno, przez które do pokoju wpadało słońce. Otarł łzy i powoli podniósł się z łoża. Dopiero teraz dostrzegł kule oparte o szafkę nocną. Łapczywie złapał ją, przesunął się i usiadł na przeciwko drzwi. Spróbował wstać i mimo tego iż był słaby pokuśtykał jęcząc z wysiłku do wyjścia. Przekręcił bogato zdobioną gałkę. Wyszedł na ciemny korytarz, którego ściany były całkowicie zrobione z drewna. Wisiało na nich kilka obrazów i zdjęć w ramkach. Dotarł na środek korytarza, który okazał się być najjaśniejszy. Były tam schody wyłożone dębowymi panelami, prowadzące w dół na parter tego domu. Zmęczony tą wędrówką Leonard chwycił się barierki i odetchnął z ulgą.
Ponownie zaczął skradać się tak cicho jak było to tylko możliwe w stronę przedpokoju. Po chyba 15 minutach udało mu się dotrzeć na dół. Pokuśtykał do wejścia, do jak podejrzewał salonu. Był to ogromny pokój, który oświetlał żyrandol i okno, takie samo jak w pokoju, w którym leżał, jedyną różnicą było to, że te, które zobaczył tutaj było zabite deskami. Ściany wyłożone gobelinami były zastawione biblioteczkami. Na środku pokoju stały dwa fotele i duża sofa pełna ludzi, ustawione wokół małego, starodawnego telewizorka. W jego ekranie Leonard zobaczył urokliwą kobietę na tle Atlanty, mówiącą do mikrofonu z logiem wiadomości.
-Władze zalecają pozostanie w domach. Każdy kto zostanie ugryziony, po pewnym czasie umiera i staje się jednym z nich. Proszę pamiętać, że zarażony jest każdy. Jeżeli ktoś w waszej rodzinie, drodzy mieszkańcy Ameryki umarł z przyczyn naturalnych, lub w wypadku proszę natychmiast się od niego oddalić. W ciągu minuty nastąpi przemiana- w oddali, za kobietą słychać było krzyki i odgłosy wystrzałów- W wielkich miastach będziecie mogli poszukać schronienia- zaczęła szybciej oddychać- dla wiadomości, Carley.. ach pieprzyć to, wyłącz kamerę..
Połączenie z ekipą zostało przerwane. Teraz Leonard zobaczył zszokowanego prowadzącego w studiu, w którym nagle zgasło światło. Po chwili kanał 4 przestał nadawać. Ekran zaczął śnieżyć.
-O cholera- powiedział chłopiec.
Spojrzenia wszystkich w salonie skierowały się ku niemu..
CIĄG DALSZY NASTĄPI ;)
Mam nadzieję że się podobało :) Zachęcam do komentowania i trzymajcie się :3
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)